Nasz Patron cz. I

Jan Siuzdak, syn Jakuba i Anny, urodził się 27 lipca 1898 r. w Hucisku koło Leżajska w powiecie Łańcut - w pobliżu znanego Sanktuarium Maryjnego u oo. Bernardynów. Miał siostrę Mariannę (ur.23. 03. 1901 r.), i Katarzynę (ur...) oraz brata Józefa (ur. 12. 10. 1910 r.).

 

Po szkole podstawowej ukończył gimnazjum (Łańcut - Rzeszów), w którym wówczas panował duch patriotyczny. Wzorem do naśladowania było dążenie do wolności w oparciu o dzieła wieszczów narodowych i dziejopisarzy.

 

Od 1917 r. do 1920 r. służył w Wojsku Polskim. To czas, gdy Polacy wywalczyli sobie niepodległość po przeszło stuletniej niewoli, a w roku 1920 obronili ją od napadu bolszewickiego przy cudownej pomocy Matki Bożej - cud nad Wisłą.

 

Potem przez dwa lata służył w policji, gdy trzeba było stabilizacji w Ojczyźnie. Powodem też były sprawy materialne. W Galicji pod zaborem austriackim panowała słynna wówczas bieda, a na piaszczystych gruntach koło Leżajska była szczególnie dotkliwa. Rodziców nie stać było na dalsze kształcenie synów. Chciał także pomóc młodszemu bratu Józefowi, w kształceniu się, później był on pomocny ks. Janowi w jego duszpasterzowaniu.

 

Brat księdza Józef po szkole podstawowej i ukończeniu Państwowego Gimnazjum w Leżajsku, następnie odbył służbę wojskową. Aby zostać inżynierem o specjalności budowy dróg i mostów, rozpoczął studia wyższe w roku 1935 na Wydziale Inżynierii Lądowej i Wodnej Politechniki Lwowskiej. Wybuch II wojny światowej uniemożliwił mu ukończenie studiów. Bezpośrednio po wojnie po otwarciu Wydziałów Politechnicznych, przy Akademii Górniczo - Hutniczej w Krakowie, kontynuował studia wyższe na kierunku budownictwo, które ukończył uzyskując dyplom mgr inż. na Wydziale Inżynierii w roku 1946.

 

W 1922 r. Jan Siuzdak zgłosił się do Seminarium Duchownego obrządku łacińskiego w Przemyślu i został przyjęty. Diecezją przemyską kierował wtedy św. Józef Sebastian Pelczar - niedawno kanonizowany. W seminarium przemyskim uczył też kleryków ks. Jan Wojciech Balicki (+ 1948 r.) beatyfikowany przez papieża Jana Pawła II. Pamięć o Nim była wciąż żywa, Ojcowie duchowni często wspominali klerykom przyszłego błogosławionego.

 

To, że policjant i żołnierz wstąpił do seminarium, nie było jednostkowym przypadkiem. Starsi kapłani z tamtych czasów opowiadali nam, klerykom, jak kandydaci do kapłaństwa zgłaszali się nieraz w mundurach wojskowych po informacje do ks. Rektora. Niektórzy mieli jeszcze nawet szabelkę!

 

Pięknie później ci księża pracowali, lubili porządek, punktualność, dbali, aby wszystko było na swoim miejscu. Nauczyli się tego w wojsku. Ofiarowali swoje młode życie dla ojczyzny, dla rodaków, a teraz chcieli kontynuować służbę i poświęcenie tam, gdzie ich Chrystus wzywał.

 

Ks. Jan Siuzdak przyjął święcenia kapłańskie 29 czerwca 1926 r. w Przemyślu.

Miejsca jego pracy kapłańskiej

 

1. Humniska koło Brzozowa – 1926 - 8 marzec 1928 r.

2. Osobnica - 9 marzec 1928 - 27 wrzesień 1928 r.

3. Sądowa Wisznia - 28 wrzesień 1928-5 kwiecień 1931 r.

4. Wołkowyja

 

Jako administrator parafii rzymskokatolickiej w Wołkowyi ks. J. Siuzdak pracował od 6 kwietnia 1931 do 17 listopada 1931 r., jako proboszcz od 17 listopada 1931 do 6 kwietnia 1940 r.

 

W ówczesnym Prawie Kanonicznym na wolne probostwo ogłaszany był konkurs. Kto został proboszczem, miał prawo przebywania tam i pracy do końca swego życia. Poprzedni proboszcz, ks. Stanisław Szufa był schorowany, nie dawał sobie rady, został zwolniony i przeniesiony na mniejszą parafię.

 

Parafia Wołkowyja w roku 1931

 

Ks. Jan Siuzdak poznawał teren i mieszkańców nowej placówki. Wołkowyja była położona w powiecie leskim, w województwie lwowskim. Parafia rzymskokatolicka powstała w 1772 r. w Bieszczadach, w dorzeczu rzeki San. Obejmowała teren od ujścia rzeki Solinki do Sanu, w większości po lewej stronie Sanu i w dorzeczu Solinki. Od dołu do góry po Wetlinę jej długość wynosiła ok. 30 km, a szerokość w niektórych miejscach nawet około 20 km. Tereny były zalesione, gęsto zaludnione z licznymi wioskami i przysiółkami położonymi nad rzekami i potokami.

 

Parafię zamieszkiwała ludność mieszana, najwięcej było Bojków (zwanych Rusinami lub Ukraińcami). Mieszkańcy utrzymywali się z uprawy poletek w terenach górzystych, pracy w lasach, w dworach (wówczas podupadających).

 

Sama nazwa Wołkowyja pochodzi od wycia wilków (miejsce odludne). Do dzisiaj nie brakuje tych czworonogów, widać ich ślady na śniegu i błocie. Miejsce ich krwawej uczty wśród zwierzyny leśnej, ale i domowej, nierzadko można usłyszeć ich „głosiki" przeszywające człowieka dreszczem. W tamtych czasach jedynymi środkami lokomocji były pojazdy konne albo konie, i stąd wielkie zagrożenie dla podróżnych ze strony watah wilków.

 

Nie było ani jednej drogi utwardzonej, tylko polne, nieraz ciągnące się w poprzek skały czy berda. Odległość do najbliższej stacji kolejowej wynosiła ok. 20 km (Uherce lub Ustjanowa), nie było mostu, tylko bród przez rzekę San. W dekanacie leskim, do którego należała Wołkowyja, było 11 parafii rozciągających się od granic Sanoka po Lutowiska, Ustrzyki Górne (odległość między nimi ponad 70 km). W Wołkowyi znajdował się kościół parafialny z roku 1840 (w stylu barokowym) pw. Podwyższenia Krzyża Świętego zbudowany z kamieni pięknie obrabianych, z wieżą nad wejściem.

 

W Rajskim były siostry zakonne -szarytki, którym dziedziczka przekazała w 1922 roku cały majątek - lasy i grunty orne (ok.400 ha). Wybudowały one klasztor i kaplicę rzymskokatolicką w 1927 r. Miały za zadanie utrzymywać szpital w Sanoku, w którym posługiwały ich siostry. Dwa razy w tygodniu wysyłały furmankę z wiktem do szpitala. Tu na miejscu opiekowały się upośledzonymi, biednymi, całe rodziny miały dzięki nim utrzymanie.

 

Biskup dał siostrom kapelana, który dla nich odprawiał Msze. Ponieważ w Rajskim mikroklimat sprzyjał leczeniu gruźlicy, kierował tu kapłanów zagrożonych tą chorobą. W ciągu 17 lat umarło ich trzech. W czasach ks. Jana najdłużej pracował tam Stefan Misiąg (brat ojca duchownego w seminarium przemyskim -Franciszka Misiąga). Tytko on przeżył II wojnę światową.

 

Oprócz tej kaplicy ksiądz rzymskokatolicki obsługiwał kaplice dworskie w Smereku, Wetlinie, Tworylnym oraz Cieślickich w Polańczyku (dzisiaj cmentarna), do której chodzili ludzie także z Soliny. W sumie było 28 miejscowości, gdzie żyli w grupkach rzymskokatolicy.

 

Na terenie parafii rzymskokatolickiej większość stanowili grekokatolicy, istniało 15 cerkwi, które obsługiwali popi (po 2-3 cerkwie na jednego popa). Był taki zwyczaj, że wyznawcy obu obrządków budowali cerkwie wspólnie. Ks. rzymskokatolicki odprawiał Mszę w niedzielę (nie w każdą), udzielał chrztu, błogosławił śluby i odprawiał pogrzeby rzymskokatolików.

 

Gdy ks. Jan przyszedł do Wołkowyi, w Terce parafianie rzymskokatoliccy w 1930 r. zaczęli budować dla siebie kaplicę koło cmentarza. Ks. greckokatolicki (jeszcze za czasów poprzednika ks. Jana) nie wpuścił do cerkwi z pogrzebem parafianki rzymskokatolickiej, chociaż tę cerkiew budowali na początku XX w. wspólnie (ok. 90 numerów domów grekokatolików i 16 numerów rzymskokatolików). W latach 70. XX w. jeszcze żyli świadkowie rzymskokatoliccy i greckokatoliccy, którzy pracowali przy budowie tej cerkwi.

 

Postępowanie popa było owocem jeszcze czasów zaboru austriackiego i taktyki zaborców wyrażonej powiedzeniem rzymskim: „Divide et impera". Gdy widzieli, że Polacy dążą do wolności, zaczęli dzielić dwie społeczności.

 

Ks. Jan Siuzdak, obejmując parafię, brał w opiekę kościół parafialny, plebanię (do remontu), budynki gospodarcze, około 20 ha gruntów rolnych i tyle samo lasów parafialnych. Okres administrowania (pół roku) był wystarczający, aby się zapoznać z parafią, i tu znowu spotykamy się z żołnierską odwagą, nie przestraszył się warunków, a nawet postawy ks. greckokatolickiego w Terce. Zgodził się zostać proboszczem, a więc pozostać tu do śmierci!

 

Ks. Jan Siuzdak w ciągu tego pół roku zrozumiał, że czekają na niego ludzie, jak owce rozproszone w tylu miejscowościach na swego pasterza.

 

Na proboszcza, wg prawa trydenckiego, ogłaszano konkurs. Gdy nie było kandydatów, proboszczem mógł zostać za zgodę Biskupa administrator. Składał teraz przysięgę wobec Biskupa przed Panem Bogiem, że bez jego zgody nie opuści tej parafii aż do śmierci.

 

Proboszczem został 17 listopada 1931 roku.

 

Proboszcz w Wołkowyi

By zostać z nimi do końca życia

 

Ks. Jan rozpoczął pracę od remontu ołtarza i organów oraz zakupu dzwonu. Na zewnątrz kościoła ogrodzenie murowane wymagało remontu, teraz postawiono je z kamieni na zaprawie cementowej i zadaszono ( chodziło o wyciszenie placu wokół kościoła położonego przy drodze). Na zewnątrz ogrodzenia w stronę plebani zrobiono alejkę wysadzaną drzewami, przy murze kościoła Ksiądz ustawił figurę Matki Bożej w kapliczce (obecnie jest w Wołkowyi naprzeciw kościoła). W tej alejce często parafianie widzieli Księdza z brewiarzem albo z różańcem w ręku. Często spotykano Go także przed Najświętszym Sakramentem w kościele.

 

Parafianie pod opieką ks. Jana nadbudowali plebanię, wykonali kancelarię, kuchnię, mieszkania dla służby. Na przyszły rok była zaplanowana wizytacja biskupia. Ks. Jan napisał do Kurii biskupiej prośbę o pomoc dla parafian w Terce, którzy sami rozpoczęli budowę kaplicy w poprzednim roku (wyrabiali cegłę z gliny). Dziedziczka z Terki dała im drzewo na wypalanie cegieł, sami wymurowali kaplicę do wysokości okien.

 

Ks. Jan zaznaczył ze smutkiem w liście do Kurii biskupiej, prosząc o pomoc, że kapłan greckokatolicki postąpił niegodnie. Kuria przychyliła się do prośby. Kaplicę wykończono i Biskup na wizytacji ją poświęcił pod wezwaniem Matki Bożej Szkaplerznej.

 

Doświadczenie z Terką dało Księdzu do myślenia. Chciał, żeby rzymskokatolicy się uniezależnili i dlatego myślał o budowie kościoła w Solinie. Musiał z tego pomysłu zrezygnować, ponieważ tam już były pierwsze plany zapory wodnej i zbiornika. Przygotowane były nawet materiały na most w Solinie, ale ze względu na zaporę zrezygnowano z niego.

Ewangelizacja – katechizacja

 

W latach 1932-1934 na kongregacjach dekanalnych poruszany był temat małżeństwa (Encyklika Casti con nubi) i zagrożenia przez prądy ateistyczne związane na pewno z komunizującymi ruchami społecznymi.

 

Mówiono także o potrzebie katechizacji pogłębionej (w protokole zanotowane są słowa ks. J. Siuzdaka z dyskusji: „Najlepszą bronią jest dobra, systematyczna katechizacja..".

 

Ta katechizacja bardzo kulała, bo nie było w parafii Wołkowyja ani jednej szkoły. W kilku większych wioskach wynajmowany był pokoik i pojedyncze osoby uczyły dzieci bogatszych rodziców za opłatą (Wołkowyja, Solina, Łęg). Powszechny więc był analfabetyzm. Kapłani uczyli dzieci i młodzież w tych pokoikach, na plebani lub w kościele.

 

Teraz powstały opatrznościowe warunki, aby zmieniło się na lepsze. W Warszawie powstały koła Wyższych Oficerów i Urzędników Wojskowych do Opieki nad Szkołami Kresowymi. Ks. Jan zaznajomił się ze starostą powiatowym w Lesku-Romanem Gąsiorowskim. Budowano w Lesku most na Sanie z przęseł metalowych. Pracował przy nim brat ks. Jana, Józef, który studiował w Politechnice Lwowskiej także budowę dróg i mostów.

 

Brat księdza Józef w okresach wolnych od nauki dość często przyjeżdżał do Wołkowyi, aby odwiedzić brata i pomagać mu w realizacji niektórych zadań, jakie prowadził ks. Jan w ramach parafii. Ksiądz Jan opiekował się najmłodszym rodzeństwem, tj. bratem Józefem i siostrą Katarzyną, która pełniła obowiązki gospodyni u księdza. Natomiast starsza siostra księdza, Marianna, zamieszkiwała w Hucisku, opiekując się rodzicami.

 

Starosta powiatowy Gąsiorowski polubił ks. Jana i po pracy przyjeżdżał do niego do Wołkowyi, zawiązała się między nimi współpraca. Ks. Jan zdołał nakłonić pana starostę, aby wybudował drogę bitą przez Bóbrkę do Soliny. Potem znowu go przekonywał, by wybudować szkołę w Solinie, w największym skupisku Polaków w parafii Wołkowyja (ponad 200 numerów). Ks. Jan miał kolegę, pułkownika ks. Miodońskiego, który był kapelanem w jednostce wojskowej w Przemyślu, a tamten miał znajomości w województwie we Lwowie. Starosta przychylił się do rozpoczęcia budowy szkoły.

 

Ks. Jan także miał powiązania z wojskiem, bo co miesiąc jeździł do jednostki wojskowej w Sanoku, najczęściej od czwartku do soboty. Odprawiał tam Msze św., spowiadał i miał wykłady.

 

W Solinie zostało zwołane zebranie w sprawie budowy szkoły. Celem było także zachęcenie mieszkańców do współpracy. Do dzisiaj wspominają świadkowie, jak wyglądało to zebranie. Jeden z uczestników doradzał ojcom, żeby się nie zgodzili na budowę szkoły. Argumentował następująco: „Poślesz jedno dziecko do szkoły i drugie, to sam będziesz musiał pracować w domu, paść krowy...". Niektórzy dali się przekonać, powstał rozłam, ale większość była za budową.

 

Szybko załatwiono plany szkoły, plac, dokumentację, pozwolenie, cegłę gotową przywieziono nową drogą, ruszyła robota. W ciągu dwóch lat szkołę wybudowano i oddano do użytku. Była to pierwsza szkoła w parafii Wołkowyja. Ks. Proboszcz wykorzystał okazję i zmobilizował młodzież, która robiła sama cegłę na świetlicę przy szkole. Ochotnicy przychodzili licznie, mieszali bosymi nogami glinę, suszyli, wypalali. Razem ze szkołą została wybudowana sala widowiskowa, scena i szatnia Z drugiej strony dobudowano do szkoły półokrągłą kaplicę. Ks. Jan uczył w poniedziałki religii w Solinie, wtedy odprawiał tam Mszę św. i spowiadał. Przychodzili też starsi.

 

Gdy szkoła w Solinie była już w budowie, zaczęto budować drugą, murowaną w Polańczyku (4 km od Soliny), która przetrwała do dziś (znajduje się naprzeciw kościoła, za drogą). Następnie przyszła kolej na wybudowanie kaplicy z kamieni w Studennym powyżej Rajskiego oraz murowanej w Bereźnicy (do dzisiaj czynna).

 

Pan starosta Gąsiorowski polubił Wołkowyję i po godzinach pracy przyjeżdżał do ks. Jana w towarzystwie dyrektora kopalni ropy w Wańkowej koło Ropienki i właściciela dworu w Olszanicy, p. Juścińskiego. Gdy raz wracali z Wołkowyi samochodem ok. godz. 10 wieczorem, ugrzęźli na drodze za Wołkowyją. Kierowca wrócił na piechotę do wsi, a ksiądz zorganizował pomoc. Chłopi poszli i wypchali pojazd. Była to okazja, aby znowu pomyśleć o drodze do Wołkowyi.

 

W budowie drogi pomagali członkowie Związku Strzeleckiego (Strzelcy Podkarpaccy), który powstał w Wołkowyi za sprawą ks. Jana. Dla młodzieży założył Ksiądz przysposobienie wojskowe-Junacy (Orlęta). Komendantem był Ludwik Czerenkiewicz.

 

Z inicjatywy ks. Jana starosta Gąsiorowski rozpoczął budowę nowej drogi nad brzegiem rzeki Solinki po lewej stronie (8 km od Soliny do Wołkowyi). Prace prowadził drogomistrz Koszałka z Leska i technik drogowy ze Sambora, Iwanicki. Kostkę z kamieni wyrabiał Kista (Włoch z pochodzenia) przy pomocy majstrów i ludzi z Wołkowyi oraz sąsiednich wiosek.

 

Robotnicy wysadzali dynamitem skałę, z tego wyrabiali kostkę i na utwardzonym korycie, na piasku układali jezdnię brukowaną. Organizowano ludzi do współpracy, częściowo darmowej, częściowo płatnej. Chętnych do pracy było dużo, bo panowało duże bezrobocie. Gdy brakowało pieniędzy na wypłatę, to płacili zbożem za dniówkę. Gdy nie było i zboża, to ksiądz przywoził swoje i płacił ludziom. Ksiądz chciał, aby ludzie się nauczyli społecznie pracować. Potem się chwalili i z satysfakcją mówili, że własnymi rękami budowali tę drogę. Była to pierwsza utwardzona, brukowana droga w parafii Wołkowyja

 

Ksiądz nieraz tam zaglądał, sam układał kostkę, chociaż nie miał czasu, bo często był w drodze i coś załatwiał. Potem, gdy się pojawiał, to mówili: „Dróżnik idzie". On się śmiał, a oni się cieszyli z jego odwiedzin.

 

W 1937 r., gdy była gotowa droga do Wołkowyi, starosta i dyrektorzy kopalni zaplanowali drogę do Rajskiego, do kopalni ropy. Biegła ona na wprost z Wołkowyi przez rzekę Solinkę, i tu znowu zaczęto budować most. Filary zrobiono betonowe, obłożone kamieniem, a jezdnię drewnianą. Gdy wybudowano około 1 kilometra, wybuchła II wojna światowa. Drogę skończyli budować okupanci.

 

Szkoła w Wołkowyi

 

Od 1935 r. trwały przygotowania do budowy szkoły w Wołkowyi. Tu w domu prywatnym uczyła Janina Czternastek żona komendanta policji, a dzieci ukraińskie, siostra żony ukraińskiego popa Jana Hamerskiego. Wystosowano prośbę skierowaną do Kół Opieki nad Szkołami Ofic. i Urzędników Ministerstwa Wojsk. Po pewnym czasie przyszedł z Warszawy bardzo szczegółowy kwestionariusz do celów ewidencyjnych zarządu. Proszono, by przysłać życiorysy nauczycielek i ich mężów, w których powinny się znaleźć następujące dane( wykształcenie, gdzie zdobyte i jakie; dane o pracy zawodowej, od kiedy, jaka i gdzie; dla męża dane o służbie wojskowej, o pracy społecznej). Informacje muszą być ścisłe i wyczerpujące oraz potwierdzone przez starostwo z podaniem planu szkoły, projektu i szczegółów dotyczących budowy. Chodziło na pewno o to, by nie popierać na kresach tego, co rozniecili zaborcy austriaccy.

 

I znowu ks. Jan Siuzdak oraz jego przyjaciel pułkownik Miodoński z Przemyśla byli tu potrzebni, by upewnić opiekunów z Warszawy, że pomoc będzie wykorzystana zgodnie z ich intencjami. Ks. Jan zmobilizował mężczyzn, tak jak w Solinie, żeby wyrabiali cegłę naplacu szkolnym, mieszali na bosaka glinę, suszyli i wypalali. Młodzież z organizacji Junacy (Orlęta) namówił, by wyrabiała cegłę na swoją świetlicę. Dał im miejsce na polu plebańskim i tam pracowali, podobnie jak ich koledzy w Solinie.

 

Szkoła wraz ze świetlicą dla młodzieży została oddana do użytku w 1938 r. Oprócz sal lekcyjnych były tam także mieszkania dla nauczycieli. W szkole zaczął uczyć także ks. Jan Siuzdak, pop greckokatolicki - Jan Hamerski i rabin mojżeszowego wyznania. Potem sprowadzono dwie przedszkolanki do nauki dzieci przedszkolnych (oczywiście rzymskokatolickie i greckokatolickie).

 

Koła wojskowe pomagały w budowie oraz przeznaczyły fundusze na kursy haftowania i szycia dla młodzieży. Chodziło o to, żeby zająć młodych ludzi i przygotować do przyszłego życia. Ks. Kapelan Miodoński z Przemyśla pomagał dużo w wyposażeniu szkoły. Uruchomiono także dożywianie biedniejszych dzieci i młodzieży (bułki przywożono, co drugi dzień z Bóbrki-9 km). Często zajmował się tym Józef Tarnawski (brat gospodarza Księdza-Franciszka Tarnawskiego). Dzieci dostawały herbatę, kakao i słodycze.

 

Na wakacjach, już po nowej drodze, przyjechali pierwsi wczasowicze. Była to grupa harcerzy ze Lwowa, która rozbiła swe namioty nad Solinką. Ostatnie dwa lata przed II wojną światową odpoczywali tu na dwutygodniowych wczasach klerycy z Seminarium Duchownego w Przemyślu (spali na słomie w stodole, pomagali w gospodarstwie na polu, a Ksiądz ich za to wiktował).

 

Później ks. Miodoński wysyłał dzieci szkolne z Wołkowyi na Śląsk do Jasienicy, na wczasy po dwa tygodnie, a stamtąd dzieci śląskie przyjechały do Wołkowyi (teraz to samo się praktykuje w nowej już szkole). Ks. Jan ze starostą postarali się, aby Wołkowyja została gminą. Dotychczas poczta była w Solinie (8 km od Wołkowyi). Gdy organista Józef Paszkowski wybudował swój dom, ks. Jan organistówkę oddał na pocztę. W dalszym ciągu organizowano w szkole kursy szycia i haftowania.

 

Czytaj o dalszych losach Ks. Jana